Jakub Zimoch

Posts in the USA category

Montreal

Po wieczornym odnowieniu znajomości, z samego rana rozpocząłem planowanie mojego zwiedzania Montrealu. Po zapisaniu wszystkich interesujących połączeń komunikacji miejskiej ruszyłem na podbój Quebecu.

Pierwszą rzeczą, jaką zauważyłem w Montrealu jest to, że to taka Ameryka bez Ameryki. Jasne, ulice są duże, wieżowce okupują centrum miasta, a Walmart nadal jest świątynią handlu, ale ludzie są mili, komunikacja miejska istnieje i działa. Nie widziałem, żadnego bezdomnego na ulicy, co w tych warunkach klimatycznych może nie jest zaskoczeniem, ale nie widziałem też żadnych dziwnych ludzi, którzy w USA już mi spowszednieli. Oczywiście, to tylko 2 dni w jednym kanadyjskim mieście, ale różnica jest naprawdę odczuwalna.

Sam Montreal, mimo że czysty i zadbany, to jakoś nie rzuca kolana. Centrum miasta wygląda jak każde centrum z nadmiarem szkła i stali – ruch, pełno starbucksów i ludzie finansjery. Stare miasto jest może i ładne, ale zaczyna i kończy się dość gwałtownie. Dość powiedzieć, że tuż obok największego zabytku miasta, katedry Notre Dame, stoi wielki wieżowiec.

Mimo wszystko spacer przez tę część miasta i stary port był całkiem przyjemny. Od czasu do czasu pokropił zimny deszcz, nieco częściej zawiał porywisty wiatr, ale tym razem przynajmniej świąteczne dekoracje wyglądają jak na swoim miejscu.

Zdjęcia: Old Montreal

Zmiana klimatu

Noc z wtorku na środę spędziłem w samolotach linii United Airlines w drodze do Montrealu. O dziwo praktycznie całą podróż przespałem i w Kanadzie wylądowałem w całkiem przyzwoitej formie. Do zabawnej sytuacji doszło w niewielkiem embraerze, którym leciałem z Chicago do Montrealu. Samolot ten jest naprawdę mały i wąski – z prawej ma 2 siedzenia w rzędzie, z lewej tylko jedno, gdy ja wstanę z siedzenia muszę się pochylić, bo sufit jest tak nisko. Do takiego wąskiego cygarka wózek golfowy (a nie widłowy!) podwiózł panią, która na moje łaskawe oko ważyła 230 kilogramów. Ten oto dorodny okaz gatunku homo sapiens zapakował się jakimś cudem do samolotu i zajął miejsce po prawej stronie samolotu. Po prawicy kobiety szczupły mężczyzna w tym czasie walczył z opierającą się ścianą samolotu i silnym polem grawitacyjnym z drugiej. Gdy drzwi samolotu się zamknęły, a pani spostrzegła, że kilka rzędów jest całkowicie pustych, spytała stewarda, czy może się przesiąść bo „siedzi na tym człowieku”. Akt łaski nie widziany na tej planecie od czasów, gdy cesarze unosili w koloseum kciuk do góry. Cóż za ulga na twarzy tego mężczyzny.

W na lotnisku w Montrealu przeszedłem szybką odprawę celną i za bramkami spotkałem się z Mikołajem, przyjacielem z czasów liceum i moim gospodarzem. Szybko udaliśmy się kupić bilet komunikacji miejskiej i równie szybko pogubiliśmy się w liczbie wydruków, które wypadły z okienka. Na jeden bilet przypadło chyba z 15 paragonów. Na dworze nie ma już przyjemnego ciepła, a błękitne niebo zastąpiły mleczne chmury. Po godzinie dojeżdżamy do mieszkania Mikołaja, który po krótkim instruktarzu udaje się na dyżur do szpitala.

Ja w tym czasie odświeżam się i odpoczywam nieco po znojach podróży, przy okazji planując atrakcje na kolejne dni. Ruszam na obchód spokojnej okolicy i małe zakupy. Na dworze jest zimno. Prognoza pogody mówi coś o 7 stopniach, ale szczerze wątpię, że Celsjusza. W słowiańskim systemie miar i wag określono by to precyzyjnym zwrotem: zimno w ch…

W lokalnym Walmarcie nie mogę powstrzymać się od zakupienia bluzy lokalnej drużyny hokejowej. Kosztuje ona jakieś śmieszne pieniądze, ale Mikołaj wspominał już, że to co w oficjalnych sklepach kosztuje dużo, w świątyni amerykańskiego handlu kosztuje grosze. Pomiędzy felgami do samochodów, a obok zabawek i armatury łazienkowej znalazło się miejsce na całą alejkę poświęconą hokejowi – kije, kaski, krążki, zbroje, wszystko czego potrzeba by zacząć grać.

Pożegnanie w cieniu Golden Gate

Mój ostatni dzień w Kalifornii i San Francisco spędziłem w… kolejnych muzeach. Po porannym spakowaniu bagażu na nocny lot do Kanady ruszyłem do parku Golden Gate, gdzie znajduje się Kalifornijska Akademia Nauk. W pięknym i zadbanym parku znajduje się z pewnością wiele ciekawy miejsc do odwiedzenia, a jednym z nich jest budynek z „żywym dachem”.

Po wejściu do muzeum jak chyba zawsze gości wita T-rex, tym razem to tylko jednak dość kiepski odlew, a nie prawdziwe kości. Mieszczące się w budynku akademii nauk muzeum ma nie tylko żywy dach, ale całe tętni życiem swoich „eksponatów”. W okół dwóch olbrzymich sfer szumią strumienie, rozlewiska i rafy koralowe. Wszystkie pełne ryb, gadów i innych zwierząt. Na rozlewiskach znalazł się nawet aligator albinos i kilka pokaźnych żółwi. W innej części na swojej skale żyją sobie pingwiny. Pod poziomem zero (lub jeden wedle amerykańskiej numeracji), znajduje się wspaniałe akwarium. Można tu podziwiać rafę koralową z filipin z ponad 150 gatunkami ryb. To tutaj specjaliści z Pixara i Disneya przyglądali się zachowaniom ryb przy tworzeniu filmów o Nemo i Dory. W innej części można przejść tunelem przez rzekę z lasów tropikalnych.

Prawdziwym hitem, przynajmniej dla mnie, okazała się zawartość jednej ze sfer. W wielkiej kuli odtworzono w całości las deszczowy. Od wspomnianej rzeki na dole, po korony drzew pełne ptaków i motyli. Po przejściu przez śluzę uderza gorąco i niebywała wilgotność. Wiele zdjęć muszę powtórzyć jeszcze raz, po tym jak zauważyłem ile pary wodnej zgromadziło się na obiektywie… Mimo swoich relatywnie niewielkich rozmiarów jak na „las” to miejsce robi niesamowite wrażenie, szczególnie że po wspinając się co raz wyżej i oswajając z myślą, gdzie jestem, dostrzegam co raz więcej życia – ptaków, gadów, motyli i nowych gatunków zwierząt.

Po wizycie w tropikach udaję się w podróż w przestrzeń kosmiczną w planetarium znajdującej się w drugiej sferze. Na wielkiem sferycznym ekranie oglądam film o asteroidach i kometach. Pomimo rozmachu i paru hollywódzkich chwytów film jest bardzo fachowy. W muzeum spędziłem ponad 4 godziny, zaliczając przy tym wszystkie mniejsze wystawy.

Z Golden Gate ruszam w 40 minutową podróż do portu na obiad i do kolejnego muzeum. Ponownie postanawiam posilić się we wspomnianym wczoraj In-n-out, gdzie tym razem wybieram podwójnego hamburgera. Wypełniony kaloriami ruszam do Exploratorium. Muzeum założonego jeszcze wedle pomysłu Oppenheimera, jednego z twórców bomby atomowej.

Jest to miejsce wpisujące się w ostatnio bardzo popularny trend muzeów, gdzie samemu można eksperymentować z nauką. Ponieważ na studiach przeprowadzałem wiele eksperymentów, w tym z pierwiastkami promieniotwórczymi czy skomplikowaną aparaturą, sądziłem, że Exploratorium nie zajmie mi więcej niż 2 godziny. Byłem w wielkim błędzie, siedziałem tam 3 godziny i posiedziałbym dłużej gdyby go nie zamknięto. Wiadomo, niektóre eksperymenty w ogóle mnie nie interesowały, ale inne był wciągające i niesamowite. Zabawy z węchem, z lustrami czy nawet z socjologią. Jest też część biologiczna, ale za wiele nie można tam porobić, ze zrozumiałych względów.

Po zamknięciu Exploratorium ruszyłem na spacer przez finansowe centrum San Francisco. Z jednej strony mijam świetnie sytuowanych biznesmenów i hipsterów, z drugiej w cieniu wieżowców do snu powoli układają się masy bezdomnych. Z rozmów z kierowcami Ubera dowiedziałem się, że mieszkanie w podłej i niebezpiecznej dzielnicy kosztuje ponad 3 tysiące dolarów… Przez wiele firm z sektora informatycznego i biotechnologicznego, które upodobały sobie to miasto i ściągają tutaj (i sowicie opłacają) swoich pracowników, życie stało się tu bardzo ciężkie dla przeciętnych mieszkańców.

Z centrum ruszam do hotelu, zabieram bagaże i udaję się w drogę na lotnisko. W przeciwieństwie do kontroli osobistej w New Ark, gdzie nikogo nic nie interesowało, kontrola w San Francisco jest niesamowicie szczegółowa. Nawet moja paszportówka ulega dokładnemu przejrzeniu, a plecak muszę spakować od nowa. Zawartość materiałów wybuchowych sprawdzono na kilka sposobów. Teraz nocny lot, międzylądowanie w Chicago i Kanada!

Zdjęcia: Cisco

Wśród gigantów

Wyruszanie skoro świt stało się tradycją tych wakacji i nie inaczej było dzisiaj. O 7 rano byłem już w drodze do Hrabstwa Marin nad zatoką San Francisco. Ostatni poranek amerykańskiego długiego weekendu na drogach był całkiem spokojny. Zanim dojechałem do San Francisco na drogach praktycznie nie było żadnego ruchu. Wybór drogi numer 1, zamiast wielopasmowej autostrady po raz kolejny wynagrodził mnie niesamowitymi widokami. O Kalifornii można powiedzieć wiele, ale o krajobrazach i naturze można się wypowiadać tylko i wyłącznie w superlatywach. Wybór stare trasy wiązał się z kolejnym bonusem – przejazdem przez słynny most Golden Gate. Cóż przyjemność trwała chwilę i nie za dużo udało mi się zobaczyć poza rdzawoczerwonym kolosem – uwagę wszak trzeba skupiać na drodze.

Tuż za mostem elektroniczna tablica poinformowała mnie, że parking u celu mojej podróży jest już pełny i zaleca się skorzystanie ze specjalnych parkingów i autobusów. Tak też uczyniłem i po 40 minutach dotarłem do Muir Woods National Monument, parku chroniącego sekwoje wieczniezielone, bliskich krewnych sekwoi olbrzymich. Ciężko mi sobie wyobrazić, że mamutowce są jeszcze większe, niż drzewa które rosną w tym parku. Są po prostu olbrzymie i majestatyczne, a wiedza, że mają po conajmniej kilkaset lat jeszcze bardziej przytłacza. Przebijające się przez korony drzew promienie porannego słońca i opadające krople mgły tworzą wspaniały spektakl. Zapach również jest ciężki do opisania, to jakby esencja lasu w lesie. Szybko wchodzę na szlak wiodący w górę doliny i wiodący wzdłuż koron tych olbrzymów przez kilka mil. Widoki są nie do opisania. Podobnie jak w Big Sur i tutaj widać ślady pożarów, tak potrzebnych tym roślinom do życia.

W Muir Woods spędzam o wiele więcej czasu niż planowałem, ale nie żałuję ani sekundy. Gdy zjeżdżam na parking wsiadam do toyoty i ruszam do kolejnego parku, tym razem chroniącego niepowtarzalne wybrzeże w Point Reyes. Droga wije się jak szalona pośród łąk, stawów, starych drzew i delikatnych wzgórz. Gdy docieram na miejsce mam jeszcze 2 godziny do zachodu słońca, więc czym prędzej ruszam na krótki szlak przez las i łąki. Jakkolwiek atmosfera jest bardzo przyjemna, to wędrówka nie dostarcza ani wielki emocji ani widoków. Kolejnym etapem mojej podróży jest latarnia morska na cyplu Point Reyes. Przez 20 mil szalonej drogi widoki zapierają dech w piersiach. Nie wiadomo co jest oceanem, a co zatoką. Krajobraz przechodzi z amerykańskiego lasu, w krajobraz jak z Walii, z zielonymi łąkami i stromymi klifami. Aż złość bierze, że nie można się zatrzymać i nacieszyć tymi widokami, albo chociaż zachować je na później. Do latarni morskiej docieram tuż przed zachodem słońca. Widoki są przepiękne, jak chyba cała natura tutaj.

Droga do motelu w San Rafael prowadzi ponownie przez wijące się drogi Point Reyes ale i las z młodymi sekwojami. Podróże tutaj chyba nigdy nie nudzą.

Zdjęcia: Marin County

Ludzie i ocean w Monterey

Po kilku dniach intensywnego wędrowania i podróżowania, a przed finałowymi trzema mojego pobytu w Kalifornii, postanowiłem potraktować sprawy nieco łagodniej. Zamiast szaleńczego tempa zwiedzania, postawiłem na spokojne spacery i chłonięcie atmosfery nadmorskiego Monterey. Miasta, którego atmosferę i urok w kilu ze swoich powieści rozsławił zdobywca literackiej nagrody Nobla John Steinbeck.

Na pierwszą połowę XX wieku przypadł w tym mieście prawdziwy boom na połowy i przetwarzanie sardynek. Dość powiedzieć, że złowione i zapuszkowane tu sardynki jedzone były na całym świecie. Na leżącej tuż przy oceanie ulicy Cannery Row (czyli Rzędzie Puszkowania) powstały co raz to nowe przetwórnie, a do miasta ściągali ludzie z całego kraju, wszyscy chcący wzbogacić się na tej gorączce srebra. Wspomniany już Steinbeck tak pisał o tej ulicy:

Cannery Row w Monterey w Kalifornii to wiersz, smród, zgrzyt, światło, atmosfera, zwyczaj, nostalgia, sen. Cannery Row jest zjednoczona i rozproszona, cyną i żelazem, rdzą i drzazgami, spękanymi chodnikami i zarośniętymi działkami, stertami śmieci, fabrykami puszek sardynek i blachy falistej, czarnych, restauracji i burdeli, niezatłoczonych spożywczaków, laboratoriów i tanich hoteli. Jej mieszkańcami są jak ktoś powiedział: „kurwy, alfonsy, szulerzy i skurwysyny”, przez co miał na myśli nas wszystkich. Spojrzałby ktoś przez inną dziurkę od klucza i powiedziałby „święci i aniołowie, męczenniczy i święci ludzie” i mówiłby o tym samym. (tłumaczenie moje).

Po fabrykach konserw zostały tylko niektóre budynki, inne popadły w ruinę i można podziwiać tylko ich zmęczone oceaniczną bryzą fundamenty. Zniknęły gdzieś burdele i podejrzane hotele, a zastąpiły je sklepy z pamiątkami i restauracje. Może i niewielka w tym zasługa samego pisarza, największa jednak ludzi. Zachłanność i pogarda dla natury doprowadziły do przełowienia populacji sardynek. Gatunek, który wydawało się wówczas ma nieskończone zasoby niemal zniknął z oceanu. W ciągu kilku lat połowy spadły kilkuset krotnie, a razem z tym załamaniem upadały kolejne fabryki. Robotnicze miasto pławiące się w bogactwie stało się nagle miastem widmem bez przyszłości. Jedyne co pozostało z opisu Steinbecka to atmosfera i nostalgia.

W jednej ze starych fabryk konserw umieszczono znane na całym świecie akwarium: Monterey Bay Aquarium. Poza przygotowaniem niesamowitych akwariów placówka robi wszystko, co w jej mocy by pokazać odwiedzającym, że człowiek musi szanować zasoby natury. Od samego wejścia możemy podziwiać historię wielkiego wzrostu Monterey prowadzącego prosto do upadku. Zachwycać się pięknymi rybami i ich habitatami, by tuż za rogiem dowiedzieć się, że za kilkadziesiąt lat może ich już nie być. Gdzieś dalej na trasie stoją figury morskich zwierząt zrobione ze śmieci wyłowionych z zatoki w Monterey.

Z pewnością największymi atrakcjami tego miejsca są olbrzymi las wodorostów ze wszystkimi jego mieszkańcami, wydry morskie i olbrzymi zbiornik przedstawiający otwarty ocean. Las wodorostów ze wszystkimi jest mieszkańcami jest dokładną kopią środowiska tuż za budynkiem na wybrzeżu Monterey. Wydry morskie, znane w Polsce pod rozkoszną nazwą kałana morskiego, są gatunkiem na wymarciu. Te w Monterey są kolejnym przykładem na to do czego prowadzi pogarda dla natury. Wybijane dla swojego futra od ponad wieku balansują na granicy wymarcia. Pływające i śpiące na plecach przykłady czystej słodyczy. Otwarty ocean to niesamowity pokaz życia kilkaset mil od wybrzeża. Z rekinami, płaszczkami, tuńczykami i żółwiami. Hipnotyzujący spektakl, który można podziwiać bez końca.

Zdjęcia: Monterey

 

Wielkie Piękno

Kolejny dzień z rzędu zerwałem się z łózka skoro świt. Po 7 rano wskoczyłem do auta i rozpocząłem prawie 400 kilometrowy maraton do Monterey, z którego większą część zamierzałem spędzić ciesząc się urokami Big Sur.

Z każdym kilometrem oddalającym mnie od Santa Barbara krajobraz co raz mniej przypominał to, co najbardziej kojarzy nam się z Kalifornią. Gdzieś zniknęły palmy i wysuszone wzgórza, a zastąpiły je łąki, pastwiska, pola uprawne i lasy. Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy autostradą przez środek stanu, zamiast kontynuować podróż dalej w ten komfortowy sposób odbiłem na zachód i wjechałem na starą autostradę numer 1, znaną lepiej jako Pacific Highway. Nazwa jest myląca, przynajmniej w dzisiejszych czasach, ponieważ to zwyczajna w świecie jednopasmówka klasy naszej polskiej drogi powiatowej. Za to widoki, jakich do zaoferowania nie ma żaden powiat w Polsce.

Piaszczyste plaże rozsławione przez „Słoneczny Patrol” trawle ustąpiły miejsca skalistym klifom i urwiskom. Pokryte lasami i łąkami wzgórza wcinają się w spieniony ocean, o kolorze tak błękitnym, że aż hipnotyzującym. Nic dziwnego, że na tej słynnej drodze co kilkaset metrów ulokowano mniej lub bardziej oficjalne punkty widokowe. Już po kilku z nich mam wrażenie, że dzień jest już rozliczony. Jednak każdy kolejny przystanek zaskakuje mnie swoim pięknem jeszcze bardziej. Jeśli moja skromna toyota nie jest w stanie wcisnąć mnie w fotel, to widoki są w stanie to zrobić podwójnie.

Na jednym z postojów obserwuję mirungi, czyli rodzaj fok, wylegujące się na plaży. Po kilkunastominutowej obserwacji doszedłem do wniosku, że ich ulubionym zajęciem jest gładzenie się po tłustych brzuchach i okazjonalne przecieranie oczu. Dwójka młodocianych samców wchodzi w jakichś poważnie wyglądający spór.

Kilka kilometrów dalej znika zasięg sieci komórkowej, nie ma też radia. Zaczyna się słynny Big Sur. Ponad 120 milowy odcinek wybrzeża, którego piękna nie sposób opisać. Nie będę się więc nawet silił na marne i skazane od razu na niepowodzenie próby malowania słowami tych pejzaży. Napisać o nich, że zapierają dech w piersiach, to nie napisać nic.

Gdy przygotowywałem się do tej podróży Big Sur zawsze opisywany był jako doznanie mistyczne. Zarówno dla obecnych turystów, jak i dla artystów i osadników z przeszłości. Pisano, że w tym miejscu, bez cywilizacji i ludzkich osad należy porzucić wszelkie plany i zdobycze techniki. W tym miejscu, radzono, trzeba dać się porwać atmosferze i czystemu pięknu kalifornijskiego wybrzeża. Przyznać muszę, że traktowałem to nieco jak typowe marketingowe banialuki, jakie pisze się do przewodników. Jednak zdjęcia z tego miejsca sprawiły, że pomimo sceptycyzmu co do całej otoczki, chciałem to zobaczyć. Cóż, po przejechaniu 200 kilometrów Big Sur, muszę uderzyć się w pierś i pokajać. Czynię to nawet semi-publicznie. To miejsce jest niesamowite i naprawdę nie ma sensu niczego tu planować. Każdy kolejny przystanek jest spontaniczny, każdy kolejny cel nieznany.

W połowie podróży przez Big Sur zatrzymałem się w Parku Stanowym McWay. Po pierwsze, żeby zobaczyć jeden z najpopularniejszych obrazków z tego miejsca – bajkowy wodospad na plaży z turkusową zatoczką. Po drugie, żeby odbyć pieszą wędrówkę w głąb lasów. Krajobraz w lesie pełnym sekwoi przywodzi na myśl jedynie Gwiezdne Wojny i bitwę o Endor. Jest cicho, szumią niezliczone potoki, zwalone drzewa dodają temu miejscu uroku i surowości. Wiele z drzew nosi ślady pożarów, a ich kora przypomina raczej węgiel drzewny, niż to co znamy jako korę. Po wejściu na szczyt, schodzę na dół zamykają niemal 5 milową pętlę przez las.

Ruszam dalej, by delektować się widokami. Gdyby dało się tylko zabrać ze sobą zapach i atmosferę tego miejsca, ciszę przerywaną jedynie przez szum rozbryzgujących się fal. Podróż kończę zachodem słońca przy Bixbie Bridge. Urokliwym moście nad kanionem zbudowanym w latach 30 ubiegłego wieku. Nie można było wymarzyć sobie lepszego zakończenia dnia. Nawet nie czuję, że przejechałem 400 kilometrów.

Zdjęcia:Wielkie Piękno

Okolice Santa Barbara

Po wczorajszym dniu na morzu i wyspach amerykański Dzień Dziękczynienia zgodnie z planem spędziłem w okolicach miasta. Z samego rana wyruszyłem do oddalonego o kilkanaście kilometrów do gaju monarchów lub danaidów wędrownych. Te pomarańczowe motyle słyną ze swoich wędrówek przez całe kontynenty. W miejscowości Goleta znajduje się jeden z ich letnich przystanków a w listopadzie drzewa powinny wręcz uginać się od tysięcy siedzących na nich motyli. Zdjęcia w internecie rozpaliły moją wyobraźnię do tego stopnia, że z parkingu do gaju mknąłem jak szalony przez pobliskie lasy. Po drodze minąłem zająca i wiele szczęśliwych psów. Na miejscu za nic nie mogłem znaleźć motyli! Myślałem, że jestem ślepy albo że pomyliłem ścieżki i to nie tutaj. Gdy obszedłem wszystko kilkukrotnie zrezygnowany zapytałem jedno małżeństwo z psem czy przypadkiem nie wiedzą gdzie są motyle. Okazało się, że motyle są, tylko po pierwsze trzeba wiedzieć, czego szukać, a po drugie nie spodziewać się ich już w tysiącach. Na dwóch albo trzech drzewach, na pojedynczych gałęziach do życia budziło się kilka zaledwie motyli. Przypuszcza się, że za 20 lat gatunek ten ulegnie wymarciu. Powód? My sami.

Z gaju monarchów ruszyłem z powrotem w kierunku Santa Barbara by przejść jeden z najsłynniejszych szlaków w górującym nad miastem lesie Los Padres: Inspiration Point. Nazwa, „punkt inspiracji”, brzmi trochę jak tytuł taniego artykułu o pracy nad własną osobowością, ale w widokach na trasie rzeczywiście coś jest. Zanim jednak mogłem zacząć się wspinać musiałem na poboczu zaparkować moją toyotę. Ruch był już spory, wszyscy chcieli niemal wjechać autem na szczyt, więc zostawiłem samochód na pierwszym wolnym napotkanym miejscu jakieś półtorej mili od początku szlaku. Po drodze mogłem obserwować z jaką finezją i gracją parkuje się olbrzymie Suburbany i Escalade’y. Podziwiam kierowców za ich zapał i upór.

Początkowo szlak biegnie starą asfaltową, ale zamkniętą dla samochodów, drogą. Dopiero w połowie przechodzi w piaszczysty i kamienisty szlak wijący ku szczytowi i inspiracji. Po drodze wszyscy życzą sobie szczęśliwego święta. Widok z góry jest naprawdę wspaniały. W dolinie miasto Santa Barbara, a dalej Pacyfik i Channel Islands. Po bokach inne wzgórza i lasy.

Po zejściu ruszam na drugi popularny szlak oddalony o kilka mil na północ. W przeciwieństwie do Inspiration Point, Rattlesnake Trail to już nie przelewki. Trasa od samego początku wiedzie ostro pod górę po kamieniach i głazach. Widoki i natura wynagradzają jednak trudy i znoje wspinaczki. Im wyżej, tym droga co raz bardziej przypomina wijącego się po rozgrzanych piasku grzechotnika. Wędrówkę powinny umilać wodospady i rwące potoki, jednak panujące susza zmieniła je w sterty głazów i mętne kałuże. W jednym tylko miejscu podziwiać można wodospad. Ma całe 15 cm wysokości.

Na spalonym słońcem szczycie widok jest jeszcze lepszy niż na Inspiration Point. Więcej dolin i kanionów, więcej gór i więcej oceanu. Droga z powrotem, mimo że cały czas w dół, nie należy do najłatwiejszych. Na wystających kamieniach cały czas trzeba patrzeć pod nogi i zachowywać koncentrację, żeby jeden fałszywy krok nie skończył się uszkodzeniem stawu skokowego. Cały i zdrowy docieram do auta, chociaż z nieznanych mi przyczyn szlak wynosi mnie jakieś 300 metrów dalej niż pierwotnie zamierzałem. To jeden z problemów ze szlakami w USA – nie są w ogóle oznaczone. Idąc pod górę posiłkowałem się mapami google, na których szlak był zaznaczony, ale potrafię sobie wyobrazić miejsca, gdzie takich luksusów nie ma. Na pustyni w Joshua Tree szlak był oznaczony może ze 4 razy na dystansie kilku mil. A na pustyni ciężko o ścieżki, które ułatwiały nawigację dzisiaj albo wczoraj.

Z Los Padros wracam na chwilę do motelu. Odświeżyć się i przebrać w coś bardziej wyjściowego, po czym ruszam do centrum Santa Barbara. Po drodze mijam zabytkową misję z czasów hiszpańskich kolonizatorów. Architektura budynku pięknie komponuje się z okolicznymi wzgórzami. Samo miasto Santa Barbara jest bardzo czyste, schludne i zadbane. To kolejne zaskoczenie po amerykańskich hitach w postaci Nowego Jorku i Los Angeles. Jednak, te dwa mają swoje przeboje, a Barbórce takich brakuje. Stare miasto pełne jest sklepów i restauracji maści i natury wszelakiej. Dziwnie wyglądają z pewnością świąteczne dekoracje pozawieszane na palmach. Jeszcze dziwniej w cieniu palm wygląda kościół w stylu gotyckim.

Po przejściu starego miasta dochodzę na wybrzeże i słynne molo, na którym znajduje się obowiązkowy parking dla samochodów. Słońce tym razem chowa się nie w morzu ale za portem i wzgórzami. Ja zawracam do motelu wreszcie ułożyć nogi do góry i dać im trochę odpocząć.

Zdjęcia: Santa Barbara i okolice

Park Narodowy Channel Islands

Po wczorajszej podróży przez Kalifornię dzisiaj wstałem przed świtem. Prysznic, szybkie śniadanie, sprawdzenie ekwipunku i w drogę do portu w Ventura zaokrętować się w rejs na Channel Islands. Jest to archipelag kilku wysp położonych u wybrzeży Kalifornii. Mimo relatywnie niewielkiej odległości wyspy i stały ląd stanowią dwa oddzielne światy – w przenośni i dosłownie. Z ponad setką występujących wyłącznie tam roślin i kilkoma gatunkami kręgowców, w tym miniaturowym lisem i pięknym Island Scrub-Jay o niebieskim ubarwieniu. Wyjątkowość tych wysp sprawiła, że w całości stały się parkiem narodowym. W przeszłości mieszkali tu ludzie, najpierw Indianie, a potem biali osadnicy, którzy uprawiali tu winorośla i hodowali owce. Obecnie wyspy w całości zajmują tereny chronione, a zmiany poczynione przez człowieka stara się odwrócić. Gdy tylko dowiedziałem się o tych wyspach czytając przewodniki po Kalifornii, wiedziałem, że będzie to jeden z głównych celów mojej podróży.

Po 7 rano moja toyota mknie wzdłuż Pacyfiku drogą numer 101. Ostre promienie jeszcze nisko zawieszonego słońca rozpraszają się na mgiełce z rozbijanych fal. Z drugiej strony mgły unoszą się z pobliskich wzgórz. Całość składa się na niesamowity klimat i każe następnym razem zastanowić się nad wypożyczeniem kabrioletu.

Jeżdżąc amerykańskimi autostradami zauważyłem, że wiele odcinków nosi imiona poległych policjantów, żołnierzy, jednostek wojskowych a nawet organizacji. Te, które ciągle określane są jedynie numerem można, jak informują tablice przy drodze, przygarnąć. Pewnie za odpowiednią opłatą. Odcinek „101”, którym mknę na południe nosi imię słynnej 101 Dywizji Powietrznodesantowej, o której kompanii E napisano książkę i nakręcono serial „Kompania Braci”.

Gdy dojeżdżam do portu w Venturze mam jeszcze chwilę czasu do wejścia na pokład, który spędzam na pobliskiej plaży. W budynku oficjalnego organizatora wypraw na wyspy wisi tablica z gatunkami ssaków morskich jakie udało im się zobaczyć podczas rejsu na wyspy w poprzednich dniach. Płynie się ponad godzinę a w okół wysp wiodą trasy migracji wielorybów i orek z letnich żerowisk na północy kontynentu ku Baja California. Gdy przy ostatnich dniach widzę setki delfinów, orki, humbaki i kilka płetwali błękitnych podniecam się niczym ksiądz w przedszkolu.

Na statku zajmuję miejsce na wyższym pokładzie tuż przy barierce. Pacyfik postanawia spłatać figla i zadać kłam swojej nazwie. Statkiem rzuca jak na kolejce górskiej. Mój pierwszy w życiu rejs statkiem po spokojniutkim Bałtyku zostawił mnie w stanie agonalnym na cały dzień. Wspomnienie tych dramatycznych wydarzeń trzymało mnie z dala od pełnego morza przez kilkanaście lat. Wszystko zmieniło się rok temu na Islandii, kiedy najpierw oglądania waleni a potem wyspy Vestmannaeyjar przechyliły szalę na swoją korzyść i ponownie zawitałem na pokładzie statku. O dziwo, pomimo warunków dalekich od sprzyjających nic mi nie było. Teraz podobnie, ludzie zielenieją i z utęsknieniem wypatrują Santa Cruz, największej wyspy. Ja w tym czasie czujnie wypatruję płetw grzbietowych i pióropuszy piany. Niestety, kończy się na wypatrywaniu. W obie strony, nie ma śladu nawet po tłustym lwie morskim, a co dopiero płetwalu błękitnym. Widok wymiotujących, podczas gdy mi nic nie jest, napawa mnie jednak satysfakcją. Zawsze to lepiej, gdy innym gorzej 😉

Na Santa Cruz otrzymujemy informacje o parku, a w zasadzie, że niewiele można. Wycieczki muszą odbywać się tylko i wyłącznie w towarzystwie przewodnika, inaczej można podziwiać jedynie zatokę i kamienistą plażę. Następuje więc przegrupowanie i wybór jednej z dwóch tras. Ja oczywiście ruszam w tę 5-milową i trudniejszą. Niektórzy nie ruszają się nigdzie. Przynajmniej ich ciała się nie ruszają leżąc na ławkach, bo jestem przekonany, że ich błędnik i żołądek wirują właśnie niczym para w tańcu. Brakuje mi tylko fajki, czapki i papugi. Taki ze mnie wilk morski.

Krajobraz na wyspie jest przepiękny. Po raz kolejny zachwyca mnie, że tutejsze parki narodowe to prawdziwe sanktuaria przyrody. Tylko cisza i przepiękna natura. Słońce wesoło praży, a błękit oceanu jest niesamowity. Na jednym z wzgórz przelatuje nad nami orzeł bielik symbol Ameryki. Mam wrażenie, że obywatele USA zaraz zaczną śpiewać hymn. Szlak jest wąski i mieści się na nim tylko jedna osoba, idziemy więc gęsiego. Ja na szarym końcu. Po pierwsze, bo widząc tuszę niektórych współtowarzyszy, którą łatwiej opisać promieniem niż wzrostem, w wąwozach obawiam się, że mogłoby mnie spotkać to co Indianę Johnsa – ucieczka przed toczącą się wielką kulą. Po drugie, bo mogę robić zdjęcia i żaden znudzony buc z ajfonem nie marudzi mi za plecami.

Po 4 godzinach wędrówki wracamy do zatoki i ładujemy się z powrotem na statek. Kapitan zapewnia karmiących łabędzie, że tym razem będzie jak na autostradzie. Ci widząc rozbryzgujące się fale, jakoś mu nie wierzą. O dziwo jest całkiem spokojnie i rzeczywiście statkiem już nie buja. Mnie nie opuszcza nadzieja, że w ramach rekompensaty do statku podpłynie grupa orek albo że płetwal postanowi dać popis akrobacji. Na pocieszenie mam ptaki morskie w akcji. Pelikany mknące tuż nad taflą wody wyglądają niesamowicie!

W Venturze wracam na plażę żeby podziwiać zachód słońca na kanałem i Santa Cruz, z której dopiero co wróciłem. Widziałem w życiu kilka zachodów słońca, w tym nie tak dawno jeden w Santa Monica, ale ten był absolutnie najlepszym przedstawieniem jakie słońce i ziemia kiedykolwiek dały. Gdy tylko tarcza słońca zaczęła znikać za wyspą niebo dosłownie zapłonęło. Łuna tego pożaru ślizgała się po falach Pacyfiku. Taka mała rzecz, a cieszy!

Zdjęcia: Channel Islands

 

 

Surowe Piękno

Po wczorajszym dniu pełnym niepowodzeń i rozczarowań obudziłem się bladym świtem gotowy do akcji i powetowania sobie marnego poniedziałku. Zapakowałem swój podróżniczy dobytek do bagażniczka wypożyczonej toyoty i ruszyłem do Parku Narodowego „Joshua Tree”. Na nieba nie było ani jednej chmurki, a słońce dopiero się rozkręcało.

Po kilkunastu kilometrach jazdy zatrzymałem się u bram parku, gdzie strażnik w charakterystycznym mundurze znanym z kreskówek o Misiu Jogim w zamian za 20 dolarów przykleił mi do szyby paragon uprawniający mnie do poruszania się po parku. Pierwsze mile wprowadziły mnie w zachwyt i wymazały jakiekolwiek negatywne poniedziałkowe emocji. Później, cóż, później krajobraz dało się opisać jedynie typowo słowiańskimi słowami o silnym nacechowaniu emocjonalnym.

Surowość krajobrazu i absolutną pustkę tej pustyni wypełniać zdają się jedynie drzewa Jozuego, od których park wziął swoją nazwę. Mormońskim osadnikom przypominały one wznoszącego ręce ku niebo proroka no i tak zostało. Jakbym musiał zasuwać piąty stan przez pustynię w garniturze, to też bym widział rzeczy. Drzewa te są pod ścisłą ochroną i przyjmują najrozmaitsze kształty.

Co kilka mil znaki informują o „wystawie” (ang. „exhibit”), swoistym punkcie widokowym, małej zatoczce dla samochodów i krótką ścieżką dla pieszych, pozwalającą się zapoznać ze specyfiką parku. Przejechanie kilkunastu mil do pierwszego zaplanowanego postoju zajmuje mi 2 godziny… Krajobraz jest dosłownie nieziemski i zmienia się jak kalejdoskopie. Równiny przechodzą we kamieniste wzgórza, w oddali pojawiają się góry, by za chwilę zniknąć za skałami. Ciężko to opisać, tam trzeba pojechać. Przestrzeń, cisza i pustka robi niesamowite wrażenie dla kogoś, kto nigdy nie widział pustyni.

Moim pierwszym zaplanowanym punktem na trasie jest punkt widokowy Keys View. Położony na wysokości 5185 stóp. Czytelnikom, których życie jeszcze nie zmusiło do zaprzyjaźnienia się z systemem imperialnym powiem, że to prawie 1600 metrów nad poziomem morza. Na szczycie piździ jak w kielecki, więc w ekspresowym tempie z plecaka wydobywam kurtkę, czapkę, szalik i rękawiczki. Widok na dolinę Coachelli zapiera dech w piersiach. Słońce ciągle jeszcze wisi nisko nad horyzontem, a lodowate powietrze zapewnia widoczność na setki mil. Faktura krajobrazu i je dramatyczne zmiany radują serce jak nic innego. Smagany porywistym wiatrem spożywam tu drugie śniadanie.

Dalsze kilkadziesiąt mil przez pustkowia prowadzą mnie do początku kilkumilowego spaceru po pustyni. Po drodze oczywiście zatrzymuje się na każdej „wystawie”, co tylko wydłuża podróż w nieskończoność. Widoki nie przestają zadziwiać, a to jak dramatycznie zmieniają się z każdym zakrętem pozostawia bez słów. Nawet tych słowiańskich.

Wreszcie zostawiam toyotę na parkingu, a ze sobą biorę tylko zapas wody, jedzenia i aparat. Po drodze mijam oazę, które wygląda jakby ktoś dokleił ją tu przez pomyłkę. Trasa mojej wędrówki wiedzie kanionami i otwartymi przestrzeniami. Chłodny wiatr łagodzi palące słońce jest jakieś 70 stopni… Czyli 20 naszych. Nawet na tak krótkiej wędrówce krajobraz zmienia w błyskawicznym tempie, co chwila odsłaniając coś nowego. W oddali widać sztuczne jezioro Salton Sea.

Po powrocie do auta uzupełniam zapas wody, zjadam przygotowane na obiad kanapki i owoce by ruszyć w ponad 400 kilometrową podróż do Santa Barbara. Jeśli myślicie, że była to długa i monotonna podróż, to nic bardziej mylnego. Po opuszczeniu parku (po kilku postojach…), drogą międzystanową numer 10 ruszyłem przez dolinę Coachelli. Cóż to były za widoki! Góry po obu stronach drogi, zmarszczki, pustynie, farmy wiatrowe. Potem wjazd do LA w złotej godzinie, gdy słońce zalewa wszystko złotymi promieniami. Nawet korki, nie były w stanie zepsuć tej podróży. Po przejechaniu gór w San Berdardino widoki zachodzącego za górami słońca tylko dodają uroku całej podróży. Już po zmroku mknę do Santa Barbara wzdłuż Pacyfiku. Po lewej ciemność, po prawej i przede mną biało-czerwony smutek i rozlane galaktyki kolejnych miast.

Po drodze zauważyłem znaki, które mówią o kontroli prędkości również przez statki powietrzne nad autostradą. Nie mogłem pozbyć się myśli co takie kontrole znaczyłyby dla naszych polskich strażników miejskich. Wreszcie wyrwali by się z krzaków, z wysłużonych berlingo i wznieśli w przestworza. Z pogardzanych, staliby się panami nieba.

Trasa: https://goo.gl/maps/cAmFF14Xoer

Zdjęcia: https://goo.gl/photos/2tQxob7fHiS1Robd9

Limit pecha

Rano obudziłem się przy delikatnym szumie padającego deszczu. Początkowo myślałem, że to jednak z klimatyzacji za oknem zaczęła głośniej pracować. Tak, zapomniałem nieco, że w Kalifornii też czasem pada. Gdy przeglądałem fora i zasięgałem tam opinii tubylcy ostrzegali mnie, że listopadzie czasem może spaść deszcz – tak ze 4 dni w miesiącu. Dziś był więc pierwszy, ale gdy gdy ja skończyłem śniadanie, deszcz też był już tylko wspomnieniem.

Przed odbiorem samochodu jeszcze raz sprawdziłem rozkład podróży, zanotowałem adresy, zapisałem szlaki, którymi chciałbym się przejść w Anza-Borrego. Na lotnisku w San Diego przekonałem się po raz kolejny o wszechobecnym bałaganie. Kolejki do odbioru samochodu mieszają się, obsługa gubi się w tym co robi, a międzynarodowe towarzystwo jest tylko jeszcze bardziej zdezorientowane. Po jakichś 20 minutach wreszcie przychodzi moja kolej, przekonuję się, że po w stanach mały druczek jest bardzo popularny i muszę jeszcze dopłacić za ubezpieczenie OC, bo na razie ubezpieczyłem jedynie samochód. Okazuje się, że OC nie da się kupić on-line. Wreszcie ruszam po odbiór mojego poskramiacza szos – mogę wybrać z pośród stojących na parkingu kompaktów i biorę błyszczącą Toyotę Yarris. Ładuję swój dobytek, ustawiam nawigację i ruszam w świat.

Pierwsze doświadczenia z automatem są dość zabawne. Przy każdych światłach czy znaku stopu lewa noga automatycznie szuka pedału a ręka sięga ku drążkowi zmiany biegów. Tymczasem prowadzenie auta w USA przypomina bardziej jazdę jak w grze komputerowej: gaz i hamulec. Bez problemów opuszczam San Diego i mknę ku pustyniom. Widoki robią się dosłownie nieziemskie, a to przecież dopiero początek.

Po jakichś 50 milach telefon informuje mnie, żebym podłączył go do ładowania. Sprawdzam kable i wszystko wygląda OK, ale zasilania brak. Zjeżdżam na parking i sprawdzam, że wyjście zasilania w moim aucie musi być zepsute. Bez nawigacji ani rusz, więc dzwonię do centrum obsługi klienta. Z człowiekiem udaję mi się porozmawiać po jakichś 30 minutach. Przez kolejne 15 jestem przełączany pomiędzy różne działy. Jedynym rozwiązaniem jest powrót do San Diego i wymiana samochodu… Jestem zestresowany i zły, ale nie mam innego wyjścia. Przede mną setki mil podróży w najbliższym tygodniu i zasilanie nawigacji jest mi potrzebne!

Na miejscu sprawdzam kolejne auto i okazuje się, że w nim zasilanie również nie działa. Kolejna czerwona yarriska daje już radę, więc dopełniam formalności i odjeżdżam z San Diego po raz drugi. Niestety, nie ma sensu, żebym jechał do Anza-Borrego, więc kieruję się w 2,5 godzinną podróż do Yucca Valley, gdzie nocuję. Oczywiście, złożyłem zażalenie i od managera na miejscu i człowieka w infolinii dowiedziałem się, że powinienem dostać jakieś zadośćuczynienie.

Starając się wyluzować i znowu zacząć cieszyć wakacjami rozpocząłem swoją podróż do Yucca Valley. Jazda po amerykańskich autostradach to całkiem prosta sprawa, o ile wie, gdzie się chce jechać. Pomimo wielu aut liczba pasów sięgająca nierzadko 5-6 w jedną stronę zapewnia sporo luzu. Widoki na pustyniach są bajeczne. Góry otulone chmurami wyglądają jak kopce ziemi z większymi kamykami. Dopiero z bliska widać, że to wielkie głazy. Autostrada często wije się w kanionach zapewniając dodatkowe wrażenia estetyczne.

Na miejsce dojeżdżam już po zmroku. Moim planem było robienie na pustyni zdjęć nocy, stąd miasto i hotel na uboczu. Niestety, niebo spowite jest chmurami. Dzień do zapomnienia. Mam nadzieję, że to wyczerpuje limit pecha na ten wyjazd.