Home > USA > Surowe Piękno

Po wczorajszym dniu pełnym niepowodzeń i rozczarowań obudziłem się bladym świtem gotowy do akcji i powetowania sobie marnego poniedziałku. Zapakowałem swój podróżniczy dobytek do bagażniczka wypożyczonej toyoty i ruszyłem do Parku Narodowego „Joshua Tree”. Na nieba nie było ani jednej chmurki, a słońce dopiero się rozkręcało.

Po kilkunastu kilometrach jazdy zatrzymałem się u bram parku, gdzie strażnik w charakterystycznym mundurze znanym z kreskówek o Misiu Jogim w zamian za 20 dolarów przykleił mi do szyby paragon uprawniający mnie do poruszania się po parku. Pierwsze mile wprowadziły mnie w zachwyt i wymazały jakiekolwiek negatywne poniedziałkowe emocji. Później, cóż, później krajobraz dało się opisać jedynie typowo słowiańskimi słowami o silnym nacechowaniu emocjonalnym.

Surowość krajobrazu i absolutną pustkę tej pustyni wypełniać zdają się jedynie drzewa Jozuego, od których park wziął swoją nazwę. Mormońskim osadnikom przypominały one wznoszącego ręce ku niebo proroka no i tak zostało. Jakbym musiał zasuwać piąty stan przez pustynię w garniturze, to też bym widział rzeczy. Drzewa te są pod ścisłą ochroną i przyjmują najrozmaitsze kształty.

Co kilka mil znaki informują o „wystawie” (ang. „exhibit”), swoistym punkcie widokowym, małej zatoczce dla samochodów i krótką ścieżką dla pieszych, pozwalającą się zapoznać ze specyfiką parku. Przejechanie kilkunastu mil do pierwszego zaplanowanego postoju zajmuje mi 2 godziny… Krajobraz jest dosłownie nieziemski i zmienia się jak kalejdoskopie. Równiny przechodzą we kamieniste wzgórza, w oddali pojawiają się góry, by za chwilę zniknąć za skałami. Ciężko to opisać, tam trzeba pojechać. Przestrzeń, cisza i pustka robi niesamowite wrażenie dla kogoś, kto nigdy nie widział pustyni.

Moim pierwszym zaplanowanym punktem na trasie jest punkt widokowy Keys View. Położony na wysokości 5185 stóp. Czytelnikom, których życie jeszcze nie zmusiło do zaprzyjaźnienia się z systemem imperialnym powiem, że to prawie 1600 metrów nad poziomem morza. Na szczycie piździ jak w kielecki, więc w ekspresowym tempie z plecaka wydobywam kurtkę, czapkę, szalik i rękawiczki. Widok na dolinę Coachelli zapiera dech w piersiach. Słońce ciągle jeszcze wisi nisko nad horyzontem, a lodowate powietrze zapewnia widoczność na setki mil. Faktura krajobrazu i je dramatyczne zmiany radują serce jak nic innego. Smagany porywistym wiatrem spożywam tu drugie śniadanie.

Dalsze kilkadziesiąt mil przez pustkowia prowadzą mnie do początku kilkumilowego spaceru po pustyni. Po drodze oczywiście zatrzymuje się na każdej „wystawie”, co tylko wydłuża podróż w nieskończoność. Widoki nie przestają zadziwiać, a to jak dramatycznie zmieniają się z każdym zakrętem pozostawia bez słów. Nawet tych słowiańskich.

Wreszcie zostawiam toyotę na parkingu, a ze sobą biorę tylko zapas wody, jedzenia i aparat. Po drodze mijam oazę, które wygląda jakby ktoś dokleił ją tu przez pomyłkę. Trasa mojej wędrówki wiedzie kanionami i otwartymi przestrzeniami. Chłodny wiatr łagodzi palące słońce jest jakieś 70 stopni… Czyli 20 naszych. Nawet na tak krótkiej wędrówce krajobraz zmienia w błyskawicznym tempie, co chwila odsłaniając coś nowego. W oddali widać sztuczne jezioro Salton Sea.

Po powrocie do auta uzupełniam zapas wody, zjadam przygotowane na obiad kanapki i owoce by ruszyć w ponad 400 kilometrową podróż do Santa Barbara. Jeśli myślicie, że była to długa i monotonna podróż, to nic bardziej mylnego. Po opuszczeniu parku (po kilku postojach…), drogą międzystanową numer 10 ruszyłem przez dolinę Coachelli. Cóż to były za widoki! Góry po obu stronach drogi, zmarszczki, pustynie, farmy wiatrowe. Potem wjazd do LA w złotej godzinie, gdy słońce zalewa wszystko złotymi promieniami. Nawet korki, nie były w stanie zepsuć tej podróży. Po przejechaniu gór w San Berdardino widoki zachodzącego za górami słońca tylko dodają uroku całej podróży. Już po zmroku mknę do Santa Barbara wzdłuż Pacyfiku. Po lewej ciemność, po prawej i przede mną biało-czerwony smutek i rozlane galaktyki kolejnych miast.

Po drodze zauważyłem znaki, które mówią o kontroli prędkości również przez statki powietrzne nad autostradą. Nie mogłem pozbyć się myśli co takie kontrole znaczyłyby dla naszych polskich strażników miejskich. Wreszcie wyrwali by się z krzaków, z wysłużonych berlingo i wznieśli w przestworza. Z pogardzanych, staliby się panami nieba.

Trasa: https://goo.gl/maps/cAmFF14Xoer

Zdjęcia: https://goo.gl/photos/2tQxob7fHiS1Robd9