Home > USA > Park Narodowy Channel Islands

Po wczorajszej podróży przez Kalifornię dzisiaj wstałem przed świtem. Prysznic, szybkie śniadanie, sprawdzenie ekwipunku i w drogę do portu w Ventura zaokrętować się w rejs na Channel Islands. Jest to archipelag kilku wysp położonych u wybrzeży Kalifornii. Mimo relatywnie niewielkiej odległości wyspy i stały ląd stanowią dwa oddzielne światy – w przenośni i dosłownie. Z ponad setką występujących wyłącznie tam roślin i kilkoma gatunkami kręgowców, w tym miniaturowym lisem i pięknym Island Scrub-Jay o niebieskim ubarwieniu. Wyjątkowość tych wysp sprawiła, że w całości stały się parkiem narodowym. W przeszłości mieszkali tu ludzie, najpierw Indianie, a potem biali osadnicy, którzy uprawiali tu winorośla i hodowali owce. Obecnie wyspy w całości zajmują tereny chronione, a zmiany poczynione przez człowieka stara się odwrócić. Gdy tylko dowiedziałem się o tych wyspach czytając przewodniki po Kalifornii, wiedziałem, że będzie to jeden z głównych celów mojej podróży.

Po 7 rano moja toyota mknie wzdłuż Pacyfiku drogą numer 101. Ostre promienie jeszcze nisko zawieszonego słońca rozpraszają się na mgiełce z rozbijanych fal. Z drugiej strony mgły unoszą się z pobliskich wzgórz. Całość składa się na niesamowity klimat i każe następnym razem zastanowić się nad wypożyczeniem kabrioletu.

Jeżdżąc amerykańskimi autostradami zauważyłem, że wiele odcinków nosi imiona poległych policjantów, żołnierzy, jednostek wojskowych a nawet organizacji. Te, które ciągle określane są jedynie numerem można, jak informują tablice przy drodze, przygarnąć. Pewnie za odpowiednią opłatą. Odcinek „101”, którym mknę na południe nosi imię słynnej 101 Dywizji Powietrznodesantowej, o której kompanii E napisano książkę i nakręcono serial „Kompania Braci”.

Gdy dojeżdżam do portu w Venturze mam jeszcze chwilę czasu do wejścia na pokład, który spędzam na pobliskiej plaży. W budynku oficjalnego organizatora wypraw na wyspy wisi tablica z gatunkami ssaków morskich jakie udało im się zobaczyć podczas rejsu na wyspy w poprzednich dniach. Płynie się ponad godzinę a w okół wysp wiodą trasy migracji wielorybów i orek z letnich żerowisk na północy kontynentu ku Baja California. Gdy przy ostatnich dniach widzę setki delfinów, orki, humbaki i kilka płetwali błękitnych podniecam się niczym ksiądz w przedszkolu.

Na statku zajmuję miejsce na wyższym pokładzie tuż przy barierce. Pacyfik postanawia spłatać figla i zadać kłam swojej nazwie. Statkiem rzuca jak na kolejce górskiej. Mój pierwszy w życiu rejs statkiem po spokojniutkim Bałtyku zostawił mnie w stanie agonalnym na cały dzień. Wspomnienie tych dramatycznych wydarzeń trzymało mnie z dala od pełnego morza przez kilkanaście lat. Wszystko zmieniło się rok temu na Islandii, kiedy najpierw oglądania waleni a potem wyspy Vestmannaeyjar przechyliły szalę na swoją korzyść i ponownie zawitałem na pokładzie statku. O dziwo, pomimo warunków dalekich od sprzyjających nic mi nie było. Teraz podobnie, ludzie zielenieją i z utęsknieniem wypatrują Santa Cruz, największej wyspy. Ja w tym czasie czujnie wypatruję płetw grzbietowych i pióropuszy piany. Niestety, kończy się na wypatrywaniu. W obie strony, nie ma śladu nawet po tłustym lwie morskim, a co dopiero płetwalu błękitnym. Widok wymiotujących, podczas gdy mi nic nie jest, napawa mnie jednak satysfakcją. Zawsze to lepiej, gdy innym gorzej 😉

Na Santa Cruz otrzymujemy informacje o parku, a w zasadzie, że niewiele można. Wycieczki muszą odbywać się tylko i wyłącznie w towarzystwie przewodnika, inaczej można podziwiać jedynie zatokę i kamienistą plażę. Następuje więc przegrupowanie i wybór jednej z dwóch tras. Ja oczywiście ruszam w tę 5-milową i trudniejszą. Niektórzy nie ruszają się nigdzie. Przynajmniej ich ciała się nie ruszają leżąc na ławkach, bo jestem przekonany, że ich błędnik i żołądek wirują właśnie niczym para w tańcu. Brakuje mi tylko fajki, czapki i papugi. Taki ze mnie wilk morski.

Krajobraz na wyspie jest przepiękny. Po raz kolejny zachwyca mnie, że tutejsze parki narodowe to prawdziwe sanktuaria przyrody. Tylko cisza i przepiękna natura. Słońce wesoło praży, a błękit oceanu jest niesamowity. Na jednym z wzgórz przelatuje nad nami orzeł bielik symbol Ameryki. Mam wrażenie, że obywatele USA zaraz zaczną śpiewać hymn. Szlak jest wąski i mieści się na nim tylko jedna osoba, idziemy więc gęsiego. Ja na szarym końcu. Po pierwsze, bo widząc tuszę niektórych współtowarzyszy, którą łatwiej opisać promieniem niż wzrostem, w wąwozach obawiam się, że mogłoby mnie spotkać to co Indianę Johnsa – ucieczka przed toczącą się wielką kulą. Po drugie, bo mogę robić zdjęcia i żaden znudzony buc z ajfonem nie marudzi mi za plecami.

Po 4 godzinach wędrówki wracamy do zatoki i ładujemy się z powrotem na statek. Kapitan zapewnia karmiących łabędzie, że tym razem będzie jak na autostradzie. Ci widząc rozbryzgujące się fale, jakoś mu nie wierzą. O dziwo jest całkiem spokojnie i rzeczywiście statkiem już nie buja. Mnie nie opuszcza nadzieja, że w ramach rekompensaty do statku podpłynie grupa orek albo że płetwal postanowi dać popis akrobacji. Na pocieszenie mam ptaki morskie w akcji. Pelikany mknące tuż nad taflą wody wyglądają niesamowicie!

W Venturze wracam na plażę żeby podziwiać zachód słońca na kanałem i Santa Cruz, z której dopiero co wróciłem. Widziałem w życiu kilka zachodów słońca, w tym nie tak dawno jeden w Santa Monica, ale ten był absolutnie najlepszym przedstawieniem jakie słońce i ziemia kiedykolwiek dały. Gdy tylko tarcza słońca zaczęła znikać za wyspą niebo dosłownie zapłonęło. Łuna tego pożaru ślizgała się po falach Pacyfiku. Taka mała rzecz, a cieszy!

Zdjęcia: Channel Islands