Home > USA > Okolice Santa Barbara

Po wczorajszym dniu na morzu i wyspach amerykański Dzień Dziękczynienia zgodnie z planem spędziłem w okolicach miasta. Z samego rana wyruszyłem do oddalonego o kilkanaście kilometrów do gaju monarchów lub danaidów wędrownych. Te pomarańczowe motyle słyną ze swoich wędrówek przez całe kontynenty. W miejscowości Goleta znajduje się jeden z ich letnich przystanków a w listopadzie drzewa powinny wręcz uginać się od tysięcy siedzących na nich motyli. Zdjęcia w internecie rozpaliły moją wyobraźnię do tego stopnia, że z parkingu do gaju mknąłem jak szalony przez pobliskie lasy. Po drodze minąłem zająca i wiele szczęśliwych psów. Na miejscu za nic nie mogłem znaleźć motyli! Myślałem, że jestem ślepy albo że pomyliłem ścieżki i to nie tutaj. Gdy obszedłem wszystko kilkukrotnie zrezygnowany zapytałem jedno małżeństwo z psem czy przypadkiem nie wiedzą gdzie są motyle. Okazało się, że motyle są, tylko po pierwsze trzeba wiedzieć, czego szukać, a po drugie nie spodziewać się ich już w tysiącach. Na dwóch albo trzech drzewach, na pojedynczych gałęziach do życia budziło się kilka zaledwie motyli. Przypuszcza się, że za 20 lat gatunek ten ulegnie wymarciu. Powód? My sami.

Z gaju monarchów ruszyłem z powrotem w kierunku Santa Barbara by przejść jeden z najsłynniejszych szlaków w górującym nad miastem lesie Los Padres: Inspiration Point. Nazwa, „punkt inspiracji”, brzmi trochę jak tytuł taniego artykułu o pracy nad własną osobowością, ale w widokach na trasie rzeczywiście coś jest. Zanim jednak mogłem zacząć się wspinać musiałem na poboczu zaparkować moją toyotę. Ruch był już spory, wszyscy chcieli niemal wjechać autem na szczyt, więc zostawiłem samochód na pierwszym wolnym napotkanym miejscu jakieś półtorej mili od początku szlaku. Po drodze mogłem obserwować z jaką finezją i gracją parkuje się olbrzymie Suburbany i Escalade’y. Podziwiam kierowców za ich zapał i upór.

Początkowo szlak biegnie starą asfaltową, ale zamkniętą dla samochodów, drogą. Dopiero w połowie przechodzi w piaszczysty i kamienisty szlak wijący ku szczytowi i inspiracji. Po drodze wszyscy życzą sobie szczęśliwego święta. Widok z góry jest naprawdę wspaniały. W dolinie miasto Santa Barbara, a dalej Pacyfik i Channel Islands. Po bokach inne wzgórza i lasy.

Po zejściu ruszam na drugi popularny szlak oddalony o kilka mil na północ. W przeciwieństwie do Inspiration Point, Rattlesnake Trail to już nie przelewki. Trasa od samego początku wiedzie ostro pod górę po kamieniach i głazach. Widoki i natura wynagradzają jednak trudy i znoje wspinaczki. Im wyżej, tym droga co raz bardziej przypomina wijącego się po rozgrzanych piasku grzechotnika. Wędrówkę powinny umilać wodospady i rwące potoki, jednak panujące susza zmieniła je w sterty głazów i mętne kałuże. W jednym tylko miejscu podziwiać można wodospad. Ma całe 15 cm wysokości.

Na spalonym słońcem szczycie widok jest jeszcze lepszy niż na Inspiration Point. Więcej dolin i kanionów, więcej gór i więcej oceanu. Droga z powrotem, mimo że cały czas w dół, nie należy do najłatwiejszych. Na wystających kamieniach cały czas trzeba patrzeć pod nogi i zachowywać koncentrację, żeby jeden fałszywy krok nie skończył się uszkodzeniem stawu skokowego. Cały i zdrowy docieram do auta, chociaż z nieznanych mi przyczyn szlak wynosi mnie jakieś 300 metrów dalej niż pierwotnie zamierzałem. To jeden z problemów ze szlakami w USA – nie są w ogóle oznaczone. Idąc pod górę posiłkowałem się mapami google, na których szlak był zaznaczony, ale potrafię sobie wyobrazić miejsca, gdzie takich luksusów nie ma. Na pustyni w Joshua Tree szlak był oznaczony może ze 4 razy na dystansie kilku mil. A na pustyni ciężko o ścieżki, które ułatwiały nawigację dzisiaj albo wczoraj.

Z Los Padros wracam na chwilę do motelu. Odświeżyć się i przebrać w coś bardziej wyjściowego, po czym ruszam do centrum Santa Barbara. Po drodze mijam zabytkową misję z czasów hiszpańskich kolonizatorów. Architektura budynku pięknie komponuje się z okolicznymi wzgórzami. Samo miasto Santa Barbara jest bardzo czyste, schludne i zadbane. To kolejne zaskoczenie po amerykańskich hitach w postaci Nowego Jorku i Los Angeles. Jednak, te dwa mają swoje przeboje, a Barbórce takich brakuje. Stare miasto pełne jest sklepów i restauracji maści i natury wszelakiej. Dziwnie wyglądają z pewnością świąteczne dekoracje pozawieszane na palmach. Jeszcze dziwniej w cieniu palm wygląda kościół w stylu gotyckim.

Po przejściu starego miasta dochodzę na wybrzeże i słynne molo, na którym znajduje się obowiązkowy parking dla samochodów. Słońce tym razem chowa się nie w morzu ale za portem i wzgórzami. Ja zawracam do motelu wreszcie ułożyć nogi do góry i dać im trochę odpocząć.

Zdjęcia: Santa Barbara i okolice