Home > USA > Wielkie Piękno

Kolejny dzień z rzędu zerwałem się z łózka skoro świt. Po 7 rano wskoczyłem do auta i rozpocząłem prawie 400 kilometrowy maraton do Monterey, z którego większą część zamierzałem spędzić ciesząc się urokami Big Sur.

Z każdym kilometrem oddalającym mnie od Santa Barbara krajobraz co raz mniej przypominał to, co najbardziej kojarzy nam się z Kalifornią. Gdzieś zniknęły palmy i wysuszone wzgórza, a zastąpiły je łąki, pastwiska, pola uprawne i lasy. Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy autostradą przez środek stanu, zamiast kontynuować podróż dalej w ten komfortowy sposób odbiłem na zachód i wjechałem na starą autostradę numer 1, znaną lepiej jako Pacific Highway. Nazwa jest myląca, przynajmniej w dzisiejszych czasach, ponieważ to zwyczajna w świecie jednopasmówka klasy naszej polskiej drogi powiatowej. Za to widoki, jakich do zaoferowania nie ma żaden powiat w Polsce.

Piaszczyste plaże rozsławione przez „Słoneczny Patrol” trawle ustąpiły miejsca skalistym klifom i urwiskom. Pokryte lasami i łąkami wzgórza wcinają się w spieniony ocean, o kolorze tak błękitnym, że aż hipnotyzującym. Nic dziwnego, że na tej słynnej drodze co kilkaset metrów ulokowano mniej lub bardziej oficjalne punkty widokowe. Już po kilku z nich mam wrażenie, że dzień jest już rozliczony. Jednak każdy kolejny przystanek zaskakuje mnie swoim pięknem jeszcze bardziej. Jeśli moja skromna toyota nie jest w stanie wcisnąć mnie w fotel, to widoki są w stanie to zrobić podwójnie.

Na jednym z postojów obserwuję mirungi, czyli rodzaj fok, wylegujące się na plaży. Po kilkunastominutowej obserwacji doszedłem do wniosku, że ich ulubionym zajęciem jest gładzenie się po tłustych brzuchach i okazjonalne przecieranie oczu. Dwójka młodocianych samców wchodzi w jakichś poważnie wyglądający spór.

Kilka kilometrów dalej znika zasięg sieci komórkowej, nie ma też radia. Zaczyna się słynny Big Sur. Ponad 120 milowy odcinek wybrzeża, którego piękna nie sposób opisać. Nie będę się więc nawet silił na marne i skazane od razu na niepowodzenie próby malowania słowami tych pejzaży. Napisać o nich, że zapierają dech w piersiach, to nie napisać nic.

Gdy przygotowywałem się do tej podróży Big Sur zawsze opisywany był jako doznanie mistyczne. Zarówno dla obecnych turystów, jak i dla artystów i osadników z przeszłości. Pisano, że w tym miejscu, bez cywilizacji i ludzkich osad należy porzucić wszelkie plany i zdobycze techniki. W tym miejscu, radzono, trzeba dać się porwać atmosferze i czystemu pięknu kalifornijskiego wybrzeża. Przyznać muszę, że traktowałem to nieco jak typowe marketingowe banialuki, jakie pisze się do przewodników. Jednak zdjęcia z tego miejsca sprawiły, że pomimo sceptycyzmu co do całej otoczki, chciałem to zobaczyć. Cóż, po przejechaniu 200 kilometrów Big Sur, muszę uderzyć się w pierś i pokajać. Czynię to nawet semi-publicznie. To miejsce jest niesamowite i naprawdę nie ma sensu niczego tu planować. Każdy kolejny przystanek jest spontaniczny, każdy kolejny cel nieznany.

W połowie podróży przez Big Sur zatrzymałem się w Parku Stanowym McWay. Po pierwsze, żeby zobaczyć jeden z najpopularniejszych obrazków z tego miejsca – bajkowy wodospad na plaży z turkusową zatoczką. Po drugie, żeby odbyć pieszą wędrówkę w głąb lasów. Krajobraz w lesie pełnym sekwoi przywodzi na myśl jedynie Gwiezdne Wojny i bitwę o Endor. Jest cicho, szumią niezliczone potoki, zwalone drzewa dodają temu miejscu uroku i surowości. Wiele z drzew nosi ślady pożarów, a ich kora przypomina raczej węgiel drzewny, niż to co znamy jako korę. Po wejściu na szczyt, schodzę na dół zamykają niemal 5 milową pętlę przez las.

Ruszam dalej, by delektować się widokami. Gdyby dało się tylko zabrać ze sobą zapach i atmosferę tego miejsca, ciszę przerywaną jedynie przez szum rozbryzgujących się fal. Podróż kończę zachodem słońca przy Bixbie Bridge. Urokliwym moście nad kanionem zbudowanym w latach 30 ubiegłego wieku. Nie można było wymarzyć sobie lepszego zakończenia dnia. Nawet nie czuję, że przejechałem 400 kilometrów.

Zdjęcia:Wielkie Piękno