Home > Historia > San Francisco

Mój pobyt w USA zbliża się do końca, a na wielki finał zostało mi San Francisco. Rano ewakuowałem się z San Rafael i w drodze do wypożyczalni samochodów przejechałem przez most Golden Gate w kierunku południowy. Takie mała dodatkowa atrakcja. Po rozstaniu się z toyotą, która dzielnie służyła mi ostatni tydzień pojechałem do hotelu zostawić rzeczy i ruszyłem w wiadomym kierunku.

Jak się zapewnie domyślacie pierwszym i najważniejszym punktem programu mojej wizyty w San Francisco była wizyta w siedzibie Lucasfilmu. Mieszcząca się w przepięknym i wypielęgnowanym parku Presidio siedziba główna twórców Gwiezdnych Wojen wygląda raczej skromnie. Przed wejściem stoi fontanna ze statuetką Mistrza Yody. W lobby znajduje się biblioteczka i zbiór gadżetów i pamiątek z filmów, w tym kostiumy Boba Fetta i Dartha Vadera oraz miecze świetlne. W części, do której zwykłym śmiertelnikom wstęp jest wzbroniony widać było plakaty najnowszego filmu ze świata Gwiezdnych Wojen.

Po przeżyciach duchowych i otarciu łez wzruszania Moc była we mnie silna, więc ruszyłem w stronę wybrzeża, by podziwiać dwie największe atrakcje zatoki – wiadomy czerwony most i słynne więzienie. Spinający wejście do zatoki most w stylu Art Deco wygląda nie tylko okazale i pięknie. Opuszczone więzienie dla wyjątkowych zbirów na skale robi wrażenie dojmujące.

Zaspokojony wizualnie parkami i nadbrzeżem udałem się na spacer w kierunku Pier 39. W drodze na statek wycieczkowy delektowałem się widokiem nadbrzeża i znajdujących się na nadmorskiej ulicy sklepów. Większość z nich serwuje turystom te same pamiątki, ale jest i parę perełek, jak fabryka czekolady czy prawdziwa piekarnia.

Z przystani numer 39 wybieram się w godzinny rejs po zatoce. Tym razem oglądam most Golden Gate z innej perspektywy i nadal nie przestaje mi się on podobać. Z płynącego z głośników nagrania można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy na temat nie tylko mostu, ale i całej zatoki. Niestety, mam wrażenie, że tylko ja tego słucham, nie wciskając innym ludziom do oczu kijów od selfiaczków i nie robiąc dziubków. Rozpadające się Alcatraz z bliska robi jeszcze bardziej upiorne wrażenie. Rejs kończy się jednak pozytywnym widokiem wylegujących się w słońcu fok.

Zgłodniały udaję się do baru szybkiej obsługi o nazwie In-n-out Burger. Kilka dni temu, ktoś polecił mi tę sieć, jako ostoję naturalnych składników i prawdziwych produktów. Początkowo myślałem, że to trochę zachwyty nad wyrost, ale szybka kwerenda w Internecie potwierdziła tę opinię. Okazuje się, że miłośnikiem tej sieci jest Gordon Ramsey, który raczej nie jest znany z bycia miłośnikiem czegokolwiek, a już na pewno nie fast-foodów. Sieć ma ledwie 140 lokali, bo nie mrożą jedzenia i wszystko przygotowują na miejscu od lokalnych dostawców. Menu też jest bardzo proste i zamiast wielu rodzajów bułek z mięsem i nie tylko, składa się z burgera, podwójnego burgera i cheeseburgera. Do tego frytki z prawdziwych ziemniaków skrojonych na oczach klienta i napój. Cały proces obróbki termicznej kotleta i komponowanie buły odbywa się przy kliencie. W związku z czym w kategorii szybkości obsługi restauracja jest daleko, daleko za wszystkimi McDonald’sami i Burger Kingami. W kwestii smaku lata świetlne przed nimi. Warto dodać, że to jedyna sieć fast-foodów, która płaci pracownikom godne pensje i dba o relacje z nimi. Z innej beczki, to na kubkach i papierkach znajdują się dyskretne referencje do cytatów z Biblii.

Po zaspokojeniu głodu i wyrobieniu dziennej porcji spożytego akrylamidu udaję się na przystanek i „pętlę” zabytkowych tramwajów. Kolejka jest spora, ale 15 minut oczekiwania na swoją kolej szybko mija. Przy okazji mogę na własne oczy przekonać się, że wszystko pozostało na wskroś analogowe. Sama przejażdżka jest fajnym przeżyciem, a stromizny wzgórz miasta najlepiej odczuwa się chyba w tym małym wagoniku. Wysiadam na ostatnim przystanku w centrum miasta i ruszam do bramy ze smokami.

Ze wszystkich Chinatown jakie widziałem w USA, to wygląda tak, jak zawsze sobie wyobrażałem. Architektura to mieszanka stylów z USA z tymi z Chin, wszystkie napisy są w „krzaczkach”, a ludzie mają panoramiczną wizję. Nawet lokalni grajkowie uliczni dodają uroku miejscu dzięki swojej lokalnej muzyce. W sklepach można kupić przyprawy, tradycyjne jedzenie i jeszcze bardziej tradycyjne chińskie badziewie. O dziwo, koszulki lokalnych drużyn NBA i NFL, które w porcie kosztowały ponad 30 dolarów, tutaj można dostać za 5. Pewnie przez to, że odkleiły im się hologramy 😉

Dzielnica chińska płynnie przechodzi we włoską, gdzie w lokalnych kafejkach szkic scenariusza do „Ojca Chrzestnego” spisał Copolla. Z jednego ze wzgórz rozciąga się piękny widok na most prowadzący do Oakland. Jego stalowe liny iluminują tak, że przypominają fale na morzu. Tutaj kończę moje wędrowanie i komunikacją miejską ruszam do hotelu.

Zdjęcia: San Francisco