Home > USA > Zmiana klimatu

Noc z wtorku na środę spędziłem w samolotach linii United Airlines w drodze do Montrealu. O dziwo praktycznie całą podróż przespałem i w Kanadzie wylądowałem w całkiem przyzwoitej formie. Do zabawnej sytuacji doszło w niewielkiem embraerze, którym leciałem z Chicago do Montrealu. Samolot ten jest naprawdę mały i wąski – z prawej ma 2 siedzenia w rzędzie, z lewej tylko jedno, gdy ja wstanę z siedzenia muszę się pochylić, bo sufit jest tak nisko. Do takiego wąskiego cygarka wózek golfowy (a nie widłowy!) podwiózł panią, która na moje łaskawe oko ważyła 230 kilogramów. Ten oto dorodny okaz gatunku homo sapiens zapakował się jakimś cudem do samolotu i zajął miejsce po prawej stronie samolotu. Po prawicy kobiety szczupły mężczyzna w tym czasie walczył z opierającą się ścianą samolotu i silnym polem grawitacyjnym z drugiej. Gdy drzwi samolotu się zamknęły, a pani spostrzegła, że kilka rzędów jest całkowicie pustych, spytała stewarda, czy może się przesiąść bo „siedzi na tym człowieku”. Akt łaski nie widziany na tej planecie od czasów, gdy cesarze unosili w koloseum kciuk do góry. Cóż za ulga na twarzy tego mężczyzny.

W na lotnisku w Montrealu przeszedłem szybką odprawę celną i za bramkami spotkałem się z Mikołajem, przyjacielem z czasów liceum i moim gospodarzem. Szybko udaliśmy się kupić bilet komunikacji miejskiej i równie szybko pogubiliśmy się w liczbie wydruków, które wypadły z okienka. Na jeden bilet przypadło chyba z 15 paragonów. Na dworze nie ma już przyjemnego ciepła, a błękitne niebo zastąpiły mleczne chmury. Po godzinie dojeżdżamy do mieszkania Mikołaja, który po krótkim instruktarzu udaje się na dyżur do szpitala.

Ja w tym czasie odświeżam się i odpoczywam nieco po znojach podróży, przy okazji planując atrakcje na kolejne dni. Ruszam na obchód spokojnej okolicy i małe zakupy. Na dworze jest zimno. Prognoza pogody mówi coś o 7 stopniach, ale szczerze wątpię, że Celsjusza. W słowiańskim systemie miar i wag określono by to precyzyjnym zwrotem: zimno w ch…

W lokalnym Walmarcie nie mogę powstrzymać się od zakupienia bluzy lokalnej drużyny hokejowej. Kosztuje ona jakieś śmieszne pieniądze, ale Mikołaj wspominał już, że to co w oficjalnych sklepach kosztuje dużo, w świątyni amerykańskiego handlu kosztuje grosze. Pomiędzy felgami do samochodów, a obok zabawek i armatury łazienkowej znalazło się miejsce na całą alejkę poświęconą hokejowi – kije, kaski, krążki, zbroje, wszystko czego potrzeba by zacząć grać.